Sprawa się rypła

Harry Potter - J. K. Rowling Bleach (Anime & Manga)
Gen
G
Sprawa się rypła
Summary
Harry decyduje porzucić rolę Chłopca-Który-Zawsze-Zbiera-Baty na rzecz udanego życia erotycznego. Niewinną ofiarą jego egoizmu pada Voldemort. Jakie nieszczęścia sprowadzi na szeroko pojęty świat literatury jedno tycie odstępstwo od kanonu? I co mają z tym wspólnego koleś w szlafroku, ekshibicjonizm McGonagall, "Zły Dotyk", widmo zyaoizowania świata i Buka w Zakazanym Lesie?90% HP, 9% Bleacha, 1% Muminków / totally absurd
All Chapters Forward

Sam-Wiesz-Kto

Harry czuł, jak koncentruje się na nim uwaga wszystkich uczestników halloweenowej imprezy, jednak oni nic nie znaczyli. Zieleń jego oczu nadal ścierała się z fioletem tęczówek Riddle'a. Chyba wypadało coś powiedzieć, ale jakoś nie miał pomysłu, jak naprędce przekonać tutejszego Wujka Dobrą Radę, by łaskawie skoczył z nim do przyszłości, walnął go niewybaczalnym i skutecznie ubił, ku uciesze jego niedawnych przyjaciół i zdeklarowanych, odwiecznych wrogów.

Generalnie nie był za dobry w myśleniu. Jego działką było zbieranie batów.

Od kombinowania na szybko była Hermiona, ale teraz chętniej zaufałby Voldemortowi, niż powierzył swoje sprawy rozczochranej Gryfonce.

Z kolei od planów bardziej dalekosiężnych był Dumbledore i on przynajmniej nie czyhał na życie Harry'ego, tak jak reszta hogwarckiej ekipy. Cóż, w jego rzeczywistości ex-dyrektor był mocno nieżywy i choćby dlatego nie miał prawa skandować wraz z pozostałymi, ale Harry chciał wierzyć, że jego mentor nie wywinąłby mu takiego numeru.

Dumbledore zawsze wiedział lepiej. W tym świecie jego młody podopieczny miał nadzieję spotkać go bardziej żywym. A nuż staruszek wybije im wszystkim ze łbów pomysł z krwawą ofiarą na ołtarzu kanonu?

Plan wykombinowany na szybko – namierzyć swoją ostatnią deskę ratunku.

Na sali jednak nie rzucały mu się w oczy żadne koszmarnie jaskrawe, dobrane z absolutnym pominięciem wyczucia smaku, nie epokowe fatałaszki.

- Więc… Czy ktoś może mi powiedzieć, gdzie znajdę Albusa Dumbledore'a? – walnął z właściwą sobie bezpośredniością.

W jego kierunku, z szybkością przewyższającą Ginny zrzucającą wierzchnią garderobę, wystrzelił las różdżek.

Hmm. Chyba coś mu umykało.


Wisiał metr nad ziemią, magicznie przywiązany do krzesła, a otaczający go mały tłum spoglądał na niego nieufnie.

- Czemu jeszcze go nie wypatroszyliśmy? – rzucił jeden z obecnych, niecierpliwie zaciskając mocniej dłoń na różdżce.

Taa. Może to o nieufności było sporym niedopowiedzeniem. Zebrane grono miało raczej zamiary jak najbardziej mordercze.

Problem w tym, że za cholerę nie wiedział, czym im podpadł.

- Ale… co ja takiego powiedziałem? Chodzi o Dumbledore'a? – próbował dotrzeć do sedna problemu, ale najwidoczniej powinien był trzymać gębę na kłódkę. Upewniło go o tym Sillencio, którym oberwał z lewej.

Równocześnie na twarzach wkurzonych czarodziejów i czarownic pojawił się cień przerażenia. Ktoś wrzasnął i padł na podłogę.

- Wyprowadźcie Syriusza, to ponad jego nerwy. Przez tego małego gnojka znów zacznie się moczyć po nocach – zakomenderował James.

Oniemiały Harry obserwował, jak dwóch chłopaków, może jeszcze uczniów, wywlekło nieco starszego kolegę z twarzą przypominającą grobową maskę. Mimo trupiej bieli skóry rozpoznał Syriusza, którego znał ze zdjęć. Pytająco spojrzał na swojego niedoszłego ojca.

- To teraz zdejmę zaklęcie uciszające i będziesz miał minutę, żeby przekonać obecnych, że nie muszą posuwać się do niewybaczalnych. Jeszcze raz wypowiesz imię Sam-Wiesz-Kogo i twoje problemy skończą się permanentnie – poinstruował gospodarz przez zaciśnięte żeby.

- Dumble… – zaczął Harry, gdy magiczny ucisk na krtani zelżał, ale w porę przerwał – znaczy Sami-Wiecie-Kto jest… Sami-Wiecie-Kim?!

Kilkanaście par oczu spojrzało na niego jak na kliniczny przypadek półdebila. Nie zaszczycili go odpowiedzią, więc kontynuował.

- Jakim cudem szanowany dyrektor Hogwartu robi w waszej rzeczywistości za etatowy czarny charakter?

James stracił cierpliwość, zwiesił głowę i pozwolił przejąć rolę inkwizytora swojej… konkubinie. Cholera, Harry'ego bardzo uwierało to słowo, nawet w myślach.

- Jeśli w twojej rzeczywistości to, czego się Sam-Wiesz-Kto dopuścił nie jest karalne, to może lepiej nam jednak będzie w niekanonicznym świecie – stwierdziła poważnie Lily, ale już po chwili histeria wzięła górę i kiedy kontynuowała, daleko jej było do opanowania. – Widziałeś, co zrobił z biednym Syriuszem? Z nimi wszystkimi?! Nawet James nadal ma te sny, a jego jeszcze zdążył uratować profesor Riddle. Zaczęło się od częstowania cytrusowymi dropsami, potem było… drapanie za uszami… i te zabawy z… różdżką… a potem… Nie mogę… – urwała młoda kobieta, zachodząc się płaczem.

- Harry, wybacz Lily, nadal bardzo to wszystko przeżywa. Nie wiem, jak to delikatnie ująć… – zaczął wyjaśnienia profesor Riddle, wyraźnie skrępowany koniecznością niewygodnych wyjaśnień. – Zapewne także w twojej linii czasowej nie jest wam obca sprawa wojny z Gellertem Grindelwaldem. Oficjalnie przez dziesięciolecia cały świat czarodziejski żył w przekonaniu, że chodziło o czarną magię, ale to wszystko była mistyfikacja… Sam-Wiesz-Kogo. Prawdę znali nieliczni, w tym ja, ale baliśmy się mówić o tym głośno, bo kiedyś o takich rzeczach się nie mówiło.

- Hę?

- Och. Grindelwald stał się obiektem obsesji Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać.  Nieodwzajemnionej. Próbował się od niego uwolnić, ale żadna magia nie była w stanie przeciwstawić się chorej fascynacji, którą czuł Sam-Wiesz-Kto do Grindelwalda. W końcu, po latach uciekania, ten dobrowolnie oddał się w ręce władz w nadziei, że mury więzienia oddzielą go skutecznie od natrętnego zalotnika. Ale wtedy dopiero zaczął się koszmar. – Ponad lasem zasfrasowanych głów poniosło się melodramatyczne westchnienie. – Sam-Wiesz-Kto zainteresował się uczniami Hogwartu.

Grobowa cisza potwierdzała słowa profesora, który sam wyglądał na przybitego.

Tylko z obawy o swój tyłek Harry nie wybuchnął jeszcze śmiechem. W życiu nie słyszał nic głupszego, ale maskował rozbawienie, by usłyszeć więcej.

- Cóż, nawet mnie to nie ominęło – Riddle zrobił dłuższa pauzę, a Harry rozdziawił japę. – Szczegóły pominę, ale w końcu z desperacji zdecydowałem otworzyć Komnatę Tajemnic i uwolnić Bazyliszka. Nazjeżdżało się ważnych person, zaczęli węszyć, Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać przestraszył się i przez dekadę był spokój. Ale o posadzie nauczyciela po zakończeniu szkoły mogłem zapomnieć, dopóki on tam był. W końcu z braków kadrowych dyrektor nie mógł wybrzydzać, zatrudnił mnie i wtedy odkryłem, że proceder nadal trwa. Co więcej, pomagała mu Tiara Przydziału, zdobywając dla niego informacje przy okazji ceremonii. Mój dom, Slytherin, wziął na siebie zebranie dowodów i przeprowadzenie prowokacji. I wszystko wyszło na jaw. Ministerstwo zorganizowało wielki proces, ale Sam-Wiesz-Kto spektakularnie uciekł, a na ofiary znów padł blady strach.

- Czyli… wy wszyscy…

- Wszyscy tu obecni są w programie ochrony świadków – dokończył za Harry'ego Riddle.

- Ale jakiś debil wymyślił, by Strażnikiem Tajemnicy zrobić Pettigrew – wtrącił się obcy, który dopiero dołączył do reszty obecnych – bo jego jako jedynego nawet Sami-Wiecie-Kto nie chciał kijem trącać. Że niby nie będzie go nikt podejrzewał i szukał. No bo kto tam mnie pytałby o zdanie...

Przerażone oczy skupiły się na nowo przybyłym, który jako jedyny nie sprawiał wrażenia trzęsącego portkami.

- A ty kto? – po prostu zapytał Harry, który miał powoli dość tych bzdur, a oparcie krzesła coraz bardziej wpijało mu się w plecy.

- Batman – przedstawił się z nonszalancją młody mężczyzna. – A konkretniej przynęta, na którą złapał się Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. Więc mam tutaj najbardziej przejebane. A żadna bliskość cielesna z dyrektorem wcale mi się nie uśmiecha.

Rzeczywiście, zdecydowanie nadawał się na przynętę. W jego spojrzeniu było coś enigmatycznego, w postawie – prowokującego, w uśmiechu – zachęcającego.

Harry przez chwilę miał ochotę zanurzyć palce w rozwichrzonych, czarnych włosach, musnąć palcami jego skórę... Natychmiast niemal skamieniał. Czy to był już wpływ nadciągającego yaoicowego nie-happy endu, który wisiał nad nimi wszystkimi? Z niepokojem odgonił natrętne myśli i skupił się na dalszej części konwersacji.

- Severus, język – upomniał czarnowłosego playboya profesor Riddle. – I to w najmniejszym stopniu nie jest powód do żartów.

Harry'emu opadła szczęka. 

- Bo niby my, Huncwoci, zawsze jesteśmy grzeczni i poważni – rzucił lekko James, podchodząc do Severusa i klepiąc po przyjacielsku w plecy. – Ale to o Batmanie już się przejadło, Gacusiu.

- Skoro o tym, musimy wywalić Pettigrew ze składu. Teraz już chyba nikt nie powie, że nie mam nosa. Brzydka gęba nigdy dobrze nie wróży. A nietoperze nie są wcale takie milusie, wiec Gacek przestało pasować co najmniej od chwili, kiedy dziabnąłem tego starego perwersa w…

- Severusie... Język.

- …siedzenie. Się zdziwił, że mu umknął niezarejestrowany animag.

- Pięciu nawet, chociaż Peter pewnie i tak mu się swoim ogonkiem pochwalił. Szczur jeden – padło od strony otwartych drzwi, w których stał Syriusz, mniej już przypominając trupa. – Mój bohater – powiedział czule i przejechał palcami po bladej skórze na szyi Snape'a, a ten odwzajemnił ciepłe spojrzenie.

Harry'emu zbierało się na wymioty. Szczęśliwie dla jego żołądka, Snape i Black jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ocknęli się i odskoczyli w przeciwnych kierunkach.

‐ Co do jasnej...?

- O, szlag – syknął Snape. – Wyczuwam nadciągające...

- ... napadowe bóle głowy?

- ... długie jesienne wieczory?

- ... niskie ceny?

Nikt z usłużnych czarodziejów nie trafił celnie.

- Yaoi. Jebane yaoi – warknął odziany w czerń, jak zawsze dwa kroki przed resztą populacji. – Co tu się odwala?!

Harry miał dość pytań. Chciał odpowiedzi. 

- Ludzie, czy powie mi ktoś wreszcie, gdzie znajdę Albusa Dumbledore'a?

Usłyszał krzyk.

A potem wrzaski podniosły się ze wszystkich stron.

Ułamek sekundy później na środku pokoju aportowała się odziana w róże i fiolety postać, którą Harry znał dobrze.

Dwa uderzenia serca po tym, wszyscy obecni z trzaskiem aportowali się z rodowej siedziby Potterów w Dolinie Godryka, zostawiając protagonistę samego ze swym nieszczęśliwie już raz utraconym mentorem, przewodnikiem po zawiłościach fabularnych i nadpisanych wątkach z przeszłości, Gwiazdą Polarną zawsze wskazującą właściwy, jedyny słuszny kierunek potterowych dążeń ku pomyślnemu finałowi tej historii.

No, z Albusem Dumbledorem.

Harry odetchnął z ulgą.

Wreszcie to szaleństwo się skończy. Nie miał wątpliwości, że ekipa, która przywiązała go do krzesła i karmiła tymi bzdurami, była nieziemsko naćpana. Teraz miał okazję porozmawiać z kimś przy zdrowych zmysłach. Dyrektor coś wymyśli i pomoże mu przywrócić właściwy stan rzeczy. I wszystko się dobrze skończy.

- Och, mój chłopcze. Jak oni mogli cie tak potraktować – z troską i przejęciem wyszeptał czarodziej, ruchem różdżki uwalniając go z pęt i opuszczając krzesło na podłogę.

Chłopak zerwał się z radością i zbliżył do Dumbledore'a. Staruszek podniósł swoją dłoń i położył na jego ramieniu.

I wtedy… wtedy…

Harry Potter poczuł na sobie Zły Dotyk.

Forward
Sign in to leave a review.